sobota, 27 listopada 2010

Ktoś rozsypał wszędzie kokainę. A to przecież drogi towar. Nie dość łatwy do zdobycia. I wcale nie tak bezpiecznie jest się z tym obnosić. Ale rozsypał i już. Pousypywał z niej ścieżki mojego życia, i wszędzie postawił osły z marchewkami na wędkach, bym skusiła się na którąś białą ścieżynkę. A to przecież wcale nie tanie kupić tyle osłów i marchwi, o wędkach nie wspomnę. Ale marchew posiada dużo beta karotenu więc wszystko się zwróci. Do herbaty dorzucił mi (gratisowo) dwa liście koki, a sałatę, która stoi w lodówce od tygodnia zamienił w jej małą plantację. Powiedział, że moja lodówka jest idealnym miejscem do hodowli, i że wkrótce to ja będę mogła wysypywać cudze ścieżki. Stanę się panią białych proszków: sól, cukier, słodzik w tabletkach. Będę nosić je w koszyczku i niczym biały kapturek obsypywać cudze życia. Ale czy dostanę osła i marchew? Bo jak nie, to ja tak nie chcę.

piątek, 19 listopada 2010

Może ja się nawrócę i zacznę wierzyć w Boga?
Może On zna odpowiedź, nie na wszystko ale choć na jedno?
Może On wie to czego ja wiedzieć nie potrafię?
Może On potrafi mnie umiejscowić w odpowiednim miejscu i czasie?
Może On wie cokolwiek i jakkolwiek?

A może po prostu sprowadzi jakieś zajebiste gradobicie, które rozpierdoli mnie na miliard kawałków?
Może chociaż mały meteorycik?
Proszę.

środa, 10 listopada 2010

Moim zadaniem jest tworzyć
Kurwa, ziść się!
Moim zadaniem jest niekochać
Kurwa, ziść się!
Moim zadaniem jest nietęsknić
Kurwa, ziść się!
Moim zadaniem jest wiecznie nieogarniać
To się ziszczać już nie musi.

poniedziałek, 8 listopada 2010


Mam w głowie totalną pustkę. Przelatuje przez nią tysiąc, miliard dźwięków, którymi rozpierdalam to co jeszcze pozostało w środku. Doszczętnie oczyszczam swoją głowę, która nie jest już żadnym symbolem a tym bardziej alegorią, jest teraz puszką, glinianą beczką Pandory. Wypada z niej tysiąc, miliard nieszczęść na całą ludzkość. Zarazy, wojna, choroby, ból... i takie tam. Wypływa z niej to wszystko, niczym mózg przez uszy Rolanda, którego Bóg zabrał do nieba mimo zmasakrowanej facjaty. A ja nie dostąpię wniebowzięcia przez pustkę, tęsknotę i powtórzenie kilka razy "kurwa" w nieodpowiednim momencie.


A za oknem zimno, choć nie zimowo.

Obserwatorzy