


Powinnam patrzeć w przyszłość a ciągle zamieniam Y na E.
Zamiast wkraczać- zawracam, zamiast wychodzić na przód- wychodzę ale z siebie.
Przypatruję się szczegółom kiczowatego, źle oświetlonego miasta.
Miasta, które może poszczycić się gierkowskimi gmachami z napisem mięso i wędliny, które proponuje mi wszystko po 2 złote, które w środy strzyże rencistów za połowę ceny.
Patrzę rozanielonym wzrokiem na zegar, który kilka lat temu zatrzymał się na za dwadzieścia czwarta, tak samo spoglądam na klientów sklepu monopolowego dla których czas już nigdy nie ruszy z miejsca.
Spaceruję po parku wdychając śląskie powietrze po burzy. Przekraczam wodę nagromadzoną w nierównościach chodnika.
Nie myślę o tym gdzie idę, robię to machinalnie.
Przypatruję się szczegółom starych, źle wykadrowanych zdjęć.
Zdjęć, które robione były niewprawnymi rękoma, które są często prześwietlone, które nie przedstawiają nic, a robione były z przeświadczeniem wyjątkowości.
Patrzę rozanielonym wzrokiem na uśmiechy, które nic się nie zmieniły, niektórym może przybyło tylko kilka zmarszczek, tak samo spoglądam na rozbawione oczy, w których nie widnieje jeszcze żaden plan, a to też nie uległo zmianie, niektórym może przybyło tylko parę pomysłów na życie.
Spaceruję po zakamarkach swoich wspomnień napawając się szeptami w swej głowie. Przekraczam niewygodne sytuacje nagromadzone przez te parę lat.
Nie muszę się zastanawiać, robię to machinalnie.
I nie potrafię przejść przez to sto mostów. Każdy z nich jest za długi, a słońce pomimo czwartej nad ranem nie chce wzejść.
Nadeszła jesień.